archeologia cyfrowa
Relikt przeszłości czyli encyklopedie multimedialne
Z czasów gdy dostęp do Internetu był rzadkością a Wikipedia nie istniała.
Dlaczego encyklopedie multimedialne mogły powstać czyli tło historyczne
Czasy gdy komputery przestały być zabawką dla bardzo zamożnych możemy datować na połowę lat 90tych. Oczywiście PCty dalej nie były powszechnie dostęne i stanowiły wysiłek finansowy - ale jednocześnie były już dostępne na tyle by móc o nich myśleć. To też czas gdy wszyscy zdawali sobie sprawę, że „komputer to przyszłość”.

Komputeryzacja postępowała na wielu polach a zalety posiadania komputera w domu coraz większe. Pisanie z możliwością korekty bez przepisywania całej kartki od nowa to banał, ale w tamtych czasach obsługa Worda i Excela naprawdę wyróżniało CV.
Oczywiście na froncie powszechnej i zbiorowej cyfryzacji stali również producenci oprogramowania, sprzedawcy komputerów, twórcy książek i podręczników. To okres rozkwitu takich gazet jak Easy PC, PC okay czy Mama, Tata, komputer i ja.
Dlaczego? Po pierwsze była to naturalna potrzeba by tysiące nowych „komputerowców” wprowadzać w arkana Windowsa 95. Był jeszcze drugi powód, dobrze przemyślany biznes Romana Kluski. Optimus S.A. posiadała 41% rynku komputerowego, był to największy sprzedawca komputerów w Polsce, jedyny oficjalny dystybutor Windowsa 95, wydawca książek o Microsoft Office i czasopism komputerowych o obsłudze komputera. Imperium Kluski było komplementarne, kupno komputera oznaczało zakupy kolejnych materiałów od Optimusa. Jednocześnie działalność wydawnicza napędzała nowych klientów na komputery, istne perpetum mobile.
Potrzebuję komputera do nauki
Komputery były też obiektem pożądania dzieci, naturalnie ja również byłem wśród nich. Ale żeby przekonać rodziców do pierwszego blaszaka trzeba było użyć zdolności retorycznych godnych najlepszych oratorów. Ostatecznym argumentem, który przechylał szalę było sakramentalne zdanie „Potrzebuję komputera do nauki”.

Pierwszą moją encyklopedią multimedialną była płytka PWN. Mimo, że funkcjonalnie była bardzo prosta i był to indeks artykułów oraz wyszukiwarka to zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tak duże, że argument o nauce nie okazał się wcale obłudny. Spędziłem godziny czytając artykuły bez ładu i składu - szukając w części artykułów ilustracji i zdjęć (ciekawe), kilkusekundowych filmów (bardzo ciekawe) oraz animacji 3D (ekscytacja sięgająca zenitu). Do tej pory pamiętam jak byłem oszołomiony wizualizacją przedstawiającą Akropol, jakbym tam naprawdę był w środku!
Encyklopedie Optimus Pascal
Wkrótce okazało się, że poza PWNem pojawiły się encyklopedie wydawane przez Optimusa. Rodzice ochoczo mi je kupowali a ja byłem nimi zafascynowany. Część z encyklopedii Optimusa to były od A do Z produkty Romana Kluski, jednak te które najbardziej zapadły mi w pamięć były świetnie spolszczonymi materiałami brytyjskiego wydawnictwa Dorling Kindersle. Poniżej przedstawiam dwa wyrywkowe fragmenty, które pochodzą z wersji anglojęzycznej - ale dobrze obrazują czym była encyklopedia.
Jak widać powyżej uruchamiając encyklopedię mogliśmy przemieszczać się po wirtualnym budynku muzeum. Aplikacja pozwalała podchodzić do obiektów, obracać je, powiększać, czytać podpisy ale i słuchać lektora oraz oglądać filmy - wszystko oczywiście wokół tematu przewodniego Jako dziecko byłem przekonany, że tak wygląda przyszłość i wirtualne muzea będą codziennością.
Istną wisienką na torcie była kultowa wśród odpowiednich roczników encyklopedia „Jak to działa?”. Była to encyklopedia dla dzieci, która przeprowadzała przez najbardziej skomplikowane maszyny i urządzenia objaśniając ich działanie w prosty sposób. Całość miała humorystyczną formę a rolę przewodnika pełnił szalony naukowiec ze swoim przyjacielem mamutem. Program mógł z pewnością kojarzyć się z bajką „Pomysłowy Dobromir” ponieważ przedstawianie działania skomplikowanych urządzeń miał podobną formę.

Internet skończył encyklopedie
Internet skończył wiele produktów, które w ciągu kilku lat stały się archaizmami. Multimedialne encyklopedie podzieliły los atlasów i map samochodowych na płytach CD, nie było sposobu by konkurować zasobnością z społecznie edytowaną Wikipedią. Internetowa encyklopedia ma ogromną wartość, jest bogata w zdjęcia i ilustracje a jej zasoby są wielokrotnie większe.
Mimo to encyklopedie multimedialne stanowiły wspaniały pomost do świata prawdziwej wiedzy, były atrakcyjne w formie i przystępne niezależnie od wieku. Nie wiem czy dziś materiały dydaktyczne dla dzieci mają tak fantastyczną formę - ale jedno jest pewne. Encyklopedie na CD miały swój czas, który bezpowrotnie minął. Warto jednak o nich pamiętać bo stanowią fantastyczne archiwum tego jak popularyzowano naukę tuż przed czasami powszechnego dostępu do Internetu.
Zostań wolontariuszem Archiwum Internetu
Jeśli przeczytanie tego tekstu było satysfakcjonujące rozważ zostanie wolontariuszką lub wolontariuszem Archiwum Internetu.
Rozwój tego miejsca zależy w dużej mierze od zainteresowania moimi tekstami, dlatego wszystkie treści są dostępne za darmo. Niemniej osób gotowych czytać dłuższe teksty w tak hermetycznym temacie jest dość ograniczona pula. Dlatego jedyną nadzieją na sławę i popularność (i wiecej niż 5 czytelników) są osoby, które będą polecać dalej Archiwum.
Z mojego doświadczenia lepiej od udostępnienia na tekstu na Facebooku wysłać e-maila lub SMSa do kilku wybranych osób. Być może wyświetli się to kilku a nie kilkunastu osobom - ale siła takiej rekomendacji jest nie do przecenienia.
Za wszelkie polecenia dziękuję w imieniu swoim i osób którym polecicie ten materiał :-).
~Archiwista
Ostatecznie można kliknąć przycisk poniżej.