kultura sieci

Cisnąć słojem

Wirtualne postacie są z nami od dawna ale dopiero teraz zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością.

Wirtualni influencerzy nie są nowością. Instagramowe konto lilmiquela, jednej z pierwszej z wygenerowanych influencerek, ma już 10 lat. Nieistniejąca wieczna nastolatka jest doskonałym słupem reklamowym, mając ponad 2 miliony obserwatorów. Wirtualny twór jest wykorzystywany przez duże marki modowe do przyklejania sobie plakietek o innowacyjności. Sami autorzy piorą nieistniejącą celebrytkę wpychając ją w akcje społęczne - taki charitywashing nieistniejącej osoby. Zdarzają się też akcje marketingowe, bo chyba trzeba rozpatrywać to w tych kategoriach, gdy wirtualna celebrytka opisuje to jak była napastowana seksualnie1.

Oczywiście bardzo łatwo wpaść w dość prostą krytykę tego zjawiska bo i argumentów dostarcza rzeczywistość. Media społecznościowe zalewane są nieistniejącymi influencerami, doradcami, gwiazdami porno. Coraz trudniej rozpoznać żywego człowieka i znaleźć różnicę przy galopującym rozwoju modeli do generowania obrazów. Na tym tle wspomniana miqela wygląda sztucznie w porównaniu do nowych generacji wirtualnych celebrytów. To niedoskonały model 3d, który wyraźnie się odróżnia od prawdziwego człowieka i jest to ogromna zaleta tego konta. Jenocześnie choć daleko mi do aprobaty to warto sobie zadać pytanie czy konto lilmiquela różni się specjalnie od konta żywych celebrytek?

W obu przypadkach wizerunek jest w całości reżyserowany, w obu przypadkach odbiorcy oglądają reklamy kosmetyków albo majtek. Ta rzekoma autentyczność żywych celebrytów nie odbiega zbytnio od tego co pokazują wirtualni, gdzie jest więc różnica? Czy niedostępne dla nas w normalnym życiu gwiazdy muszą być zmaterializowane? Wspomniany wcześniej kontrowersyjny przykład w której nieistniejący avatar opowiada o molestowaniu seksualnym - którego rzecz jasna nie było - jest tutaj graniczny. Ale czy celebryci otaczając się wianuszkiem chorych dzieci nie są w podobny sposób wyrachowani i zwyczajnie źli?

Jak widać cyfrowi influencerzy mogą odbijać niczym lustro patologię współczesnych mediów społecznościowych.

Jak to drzewiej bywało

Zanim jednak ktoś krzyknie, że kiedyś to było lepiej niech usiądzie spokojnie w bujanym fotelu. Bo kiedyś to było bardzo podobnie a historia tworzenia nieistniejących postaci postaci jest dość starą zabawą z rzeczywistą rzeczywistością.

Korzenie wirtualnych artystów i twórców sięgają końca lat 50-tych i zespołu „Alvin i wiewiórki”. Był to zespół muzyczny animowanych wiewiórek, całość opierała się na cóż - dość prostym patencie - przyspieszony głos brzmiał piskliwie. Zespół dla dzieci stał się elementem dość dużej franczyzy i ogromnego biznesu, których twarzami stały się wiewiórki. Ale powstali też wirtualni gwiazdorzy dla młodzieży i dorosłych.

gorillaz // tomorrow comes today | Gorillaz art, Gorillaz, Gorillaz ...

Gorillaz od wczesnych lat dwutysięcznych po dziś dzień tworzy swój wizerunek używając rysowanych postaci. Koncerty są hybrydą grania na żywo i wyświetlania wcześniej przygotowanych animacji. Jednym z takich wydarzeń było rozdanie nagród Grammy (20 lat temu!) gdzie Gorillaz grał razem z Madonną i był to zlepek animacji przemieszanego z występem na żywo na scenie. Gorillaz nie był już muzyką dziecięcą, nie był też projektem nastawionym tylko i wyłącznie na sprzedaż (choć zarobił i zarabia dalej odpowiednio).

Ważny szczegół

Różnica między wirtualnym influencerem a wirtualnymi gwiazdami muzyki nie jest znaczna jeśli odbiorca zdaje sobie sprawę, że ogląda coś wytworzonego sztucznie. W przypadku Gorillaz i śpiewających wiewiórek widać to gołym okiem zaś firmy tworzące wirtualnych infulencerów nie zawsze wybierają komiksową formę. Instagram zalewają byty, które są upodobnione już niemal nieodróżnialnie do człowieka.

Mimo, że wirtualna aryjka influencerka, nieistniejąca Milla Sofia, w swoim biogramie na Instagramie i TikToku podpisuje się jako “Virtual artist” to dalej dla części odbiorców może być to niewystarczająco czytelna informacja.

Widać to po komentarzach, które zamieszczają fani na platformie. Nie mam ani możliwości ani czasu by robić badanie ale szybki przelot przez sekcję komentarzy rysuje dość oczywisty profil ofiar. To mężczyźni w średnim wieku lub starsi, którzy bardziej niż nad nieistniejącym wokalnym talentem nieistniejącej kobiety zatrzymują się nad wygenerowaną urodą. Zapewne elementem łączącym będzie kompletny brak kompetencji cyfrowych i kompletny brak wstydu by wypisywać dwuznaczne teksty do profilu nieistniejącej kobiety.

Jednocześnie już od jakiegoś czasu pojawiają się w sieci poradniki, które instruują jak tworzyć AI pornografię. Celem jest przekonanie odbiorców o prawdziwości wygenerowanej pracownicy seksualnej i zdobycie klientów gotowych zapłacić za kolejne wygenerowane nagie obrazki. Nie znalazłem badań, które by były w stanie oszacować skalę zjawiska ale myśle, że jesteśmy na początku tej drogi w ciemność.

Nazywam to drogą w kierunku ciemności bo problemem nie są wirtualne postacie - tylko co z nimi się robi i to, że jest sporo osób, które nie są w stanie odróżnić fikcji od rzeczywistości.

Pewnie część osób zastanawia się dlaczego dzisiejsze wydanie ma tytuł „Cisnąć słojem”. Nie dowiecie się tego jeśli nie posłuchacie legendy o Albercie Wielkim i świętym Tomaszu.

A stojąc w progu - zanim ciśniemy słojem polecam zobaczyć jak wspaniale wyglądał performance Madonny i Gorillaz. 20 lat temu, niesamowite!

Przypisy

  1. https://www.papermag.com/lil-miquela-sexual-assault-vlog